Gdy dusza nie śpiewa

Gdy dusza śpiewa wszystko jest proste. Umiemy dostrzec piękno w najdrobniejszym szczególe. Gdy nie śpiewa, szczęście może nam spaść na głowę, a nie zorientujemy się, co to było. Na ile mamy wpływ na własne samopoczucie? Kochamy proste przekazy wyrwane z szerszego kontekstu w stylu: "myśl pozytywnie", "jak myślisz, tak się czujesz", "jakim postrzegasz świat, takim się on staje" i tym podobne. I one świetnie do nas trafiają, gdy jest nam względnie dobrze. Gdy czujemy się naprawdę źle, czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne samopoczucie, wpędzają nas w błędne koło: "Czuję się fatalnie a skoro to moja wina, to powinienem móc to zmienić. Jeśli nie potrafię, to czuję się do niczego, a to dodatkowo pogłębia mój dołek".

Dlaczego więc się nas karmi tymi hasłami? Bo po pierwsze one się świetnie sprzedają, klikają, a po drugie rzeczywiście do pewnych typów ludzi, niespecjalnie głęboko wnikających w otaczającą rzeczywistość oraz takich, który opanowali niezwykle trudną sztukę "odpuszczania" może ona być impulsem do głębszego oddechu i odesłania złych emocji w niebyt. Co jednak z tymi, na których nie zadziała memowy huraoptymizm? Świadomość stanu, w którym się znajdujesz jest kluczowa. Bolesna i wcale nie zmieniająca go, ale dająca szansę na akceptację faktu, że to się zdarza każdemu. Że w toku socjalizacji nauczono nas reagować na pewne zjawiska potencjalnie nam zagrażające w pewien określony sposób. Może to być złość, gniew, smutek, łzy lub obezwładniające przygnębienie, które wydaje się stanem tak beznadziejnym, że wywołuje przekonanie, że nie będzie mieć końca. A jednak ma. Na ogół niezauważalny, zmiana następuję miękko, zwykle wywołuje ją okoliczność zewnętrzna ale nie ona bezpośrednio wpływa na lekkość na sercu, tylko schemat naszych wyuczonych reakcji na bodziec.

Jeśli zatem coś jest nawykiem to czy możemy to zmienić? Podobno wystarczy coś powtórzyć sześćdziesiąt razy, by stało się nowym nawykiem. Zatem jest to dość trudne. Można narzucić sobie, że zaraz po wstaniu nakarmimy psa zamiast najpierw nastawić ekspres i powtarzając to codziennie szybko zmienimy nawyk na pożądany. Jeśli chcielibyśmy zmienić naszą reakcję na codziennie wydarzający się bodziec również nie będzie to trudne, ale bodźców jest tak wiele, że gdybyśmy skupili się na naprawianiu siebie to zamiast sobą być, stale byśmy wszystko kontrolowali. Zamiast zatem walczyć z tym czego nie chcemy, skupmy się na tym, czego chcemy, akceptując po drodze, że czasem robimy, mówimy czy czujemy coś dokładnie odwrotnego. I to normalne i nie ma w tym nic złego. Akceptacja jest w tym wszystkim ważniejsza. Pozwala bowiem na pełniejsze "bycie".


Ktoś powie, gdyby nie samodyscyplina, nic byśmy nie osiągnęli. Owszem Ci, którzy tak twierdzą rzeczywiście niewiele by nie zdziałali. Ci co czują, że to nie samodyscyplina jest im potrzebna a umiejętność docenienia, zrozumienia i zaakceptowania siebie poczują, że to bez akceptacji wciąż rozbijają się o wewnętrzne blokady, rozdarcia i poczucia winy. Nikt nie lubi tkwić w smutku czy przygnębieniu. Odczuwanie dyskomfortu od razu prowokuje nas do działania. Jednak wszystko co naprawdę może poprawić nam humor wymaga podjęcia wysiłku, który często w tym stanie bywa nie do udźwignięcia. Może nam pomóc ktoś bliski. Coś zorganizować, do czegoś zmotywować ale nie możemy zawsze szukać pomocy na zewnątrz, musimy radzić sobie ze złymi emocjami sami. I radzimy, jeśli nie dajemy rady inaczej  to idziemy na skróty. Ratunku szukamy w alkoholu, seksie, czy czymkolwiek innym co nas odrealni i sprawi, że ta bolesna rzeczywistość nieco się oddali. Dobrze wiemy, że to nie pomaga na długo, a im dłużej się tak leczymy w tym gorszym stanie się obudzimy.
 
Ludzie kochają wiecznie zadowolonych i szczęśliwych. Przestają mieć czas dla cudzych problemów, ba przestają mieć czas na własne. Coraz częściej w dialogu ograniczają się do pytań zamkniętych, które uniemożliwiają wylanie się potoku żalów. W języku angielskim sprowadzono do absurdu pytanie powitalne "how do you do". Nie ma nic złego w nienaturalnym prooptymistycznym trendzie keepsmiling, o ile dotyczy przelotnego spotkania, grzecznościowej szybkiej wymiany zdań, z kimś, z kim nie mamy czasu i ochoty pogłębiać dialogu. Nie popadajmy jednak w skrajności. Nie róbmy tego w kontaktach z bliskimi, z kimś, kogo uznajemy za przyjaciela, z kimś, kogo darzymy szacunkiem i uważamy, że zasługuje na naszą uwagę, a my na jego. Nie czyńmy kontaktów jednostronnymi. Nie bądźmy dla nikogo wyłącznie powiernikiem, ani tylko zwierzającym się. To podstawa zdrowych relacji a także to, żeby akceptować swoje słabości i gorsze chwile.

Paradoksalnie bowiem im bardziej walczymy tym dłużej trwają. Analizowanie, rozdrapywanie, wpadanie w panikę, poczucie winy nie posłużą do poprawy samopoczucia. Natomiast zrozumienie, spojrzenie z boku, możliwie chłodno i zaakceptowanie czynów, zdarzeń czy reakcji na nie, pomaga bardzo. Jeśli dodatkowo nauczymy się o nich mówić w sposób, który nie tylko nie oskarża nas ale także nie poszukuje winy w nikim innym, będziemy roznosić spokój i harmonię nawet jeśli momentami damy się ponieść emocjom.




CONVERSATION

3 komentarze:

  1. Wow! Naprawde ciesze się, że do Ciebie trafiłam. To, co interesuje mnie najbardziej, to relacje międzyludzkie. Ty właśnie o tym piszesz. Masz zacięcie psychologiczne, socjologiczne. Do tego w potoku blogów miernej jakości...ty piszesz naprawdę świetnie. Styl ,jeżyk...wszystko jak najbardziej ok, więc będę chętnie tu wracać.

    Poruszasz ważny temat...uważności na drugiego człowieka.... chyba wszyscy jesteśmy patologicznymi egocentrykami w dzisiejszych czasach. Warto dbać o te PRAWDZIWE ROZMOWY.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za każde słowo....
      W ostatnim zdaniu dotykasz tematu bardzo trudnego albo nieuświadomionego. Nie słyszałam, żeby ktoś coś takiego powiedział, że jesteśmy egocentrykami. Przecież wszyscy jesteśmy wrażliwi na zło i krzywdę, wzruszamy się i pomagamy i wydaje się nam, że cierpimy, bo jesteśmy empatyczni i wszystko przeżywamy. A Ty właśnie napisałaś jak jest. TO egotyzm i egocentryzm jest nasza chorobą. To dlatego cierpimy, bo skupiamy się na sobie, dlatego analizujemy, przejmujemy się bzdurami, wpadamy w stany depresyjne i nałogi. Kochać i akceptować siebie ale jako część większej całości a nie jako pępek świata, to nasza droga do wolności i uzdrowienia siebie i relacji...
      Jesteś wnikliwym obserwatorem świata i bardzo miło mi jeśli czasem zajrzysz :)

      Usuń
  2. Dzięki. Bęę zaglądać, już zaglądam :). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Instagram